| < Grudzień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
RSS
środa, 30 listopada 2011
Szczyty

Zawsze zastanawiało mnie to, po co ludzie - nierzadko ryzykując życiem - pchają się na potężne, górskie szczyty. No wiem: adrenalina, chęć zmierzenia się z samym sobą, poczucie całkowitej wolności, wreszcie sława. Jednak, mimo wszystko, wciąż powraca pytanie: dlaczego? I jedyną odpowiedzią jaką znajduję jest pasja. Uzależnienie od potrzeby zwyciężania, która zagłusza instynkt samozachowawczy.

Każdy z nas ma swoje szczyty. Jedni sami je wybierają, innym wyrastają na pozornie łatwych drogach. Życiowa wspinaczka jest czasem bardzo karkołomna, jednak z mozołem podejmujemy kolejne etapy. Krążę koło tematu, bo nie jestem pewna czy mogę napisać wprost...

O swojej chorobie dowiedział się niedawno. Dowiedział się oficjalnie z medycznych dokumentów, bo że ona w nim siedzi czuł od dawna. Pierwsze ostrzeżenie w dzieciństwie, później kilka lat spokoju i kolejny sygnał. Może przyczynił się do tego alkohol, a może po prostu tak miało być? Wtedy jeszcze nie nazwano tego, co mu dolegało. Pozornie dwie różne choroby zostały zaleczone. Tylko ten wieloletni problem z przewodem pokarmowym... Nie chodził do lekarza, bo po co? Czasami łykał pigułki od mamy i było po japońsku - jako tako.

36 lat to nie jest wiek na chorowanie. 36 lat to czas na życiowe pasje i spełnienia marzeń. Jego pasją stały się góry. Zakochany w naszych Tatrach, potrafi znajdować w nich spokojny azyl dla swojej samotności. Lubi mówić, że góry są ostatnim piętrem przed mieszkaniem Pana Boga:) Być może dlatego właśnie tam pozwala sobie na szczerość myśli, na obiektywną ocenę siebie, czynów swoich i tych, którzy są przy nim. Swoista spowiedź, pozwalająca nie tyle uzyskać rozgrzeszenie, co zmierzyć się z prawdą, od której ucieka na co dzień.

Jest w nim tajemnica. Zakamarek gdzie nie wpuszcza nikogo, a i sam rzadko kiedy uchyla drzwi. Tylko góry otwierają przeszłość, która wciąż boli. Są katharsis dla jego duszy. Dlatego wykorzystuje wszystkie możliwości, żeby znów podjąć trud wspinaczek. Wiadomość o chorobie i niemoc ciała tylko na moment odebrały mu skrzydła. Dziś znów szybuje nad własną słabością. Zdobywa kolejne szczyty. Spełnia marzenia. Następnym jest Kilimandżaro:)

Powodzenia:)

10:47, semiranna
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 28 listopada 2011
Ja wysiadam...

Świat zwariował!;))

Od mojego przyjazdu wciąż ktoś, czegoś ode mnie chce, coś muszę załatwić "na wczoraj", a dzień jakoś dziwnie się skurczył... Boże! Jak mi było dobrze w szpitalu! :))) Nigdy bym nie uwierzyła, że to napiszę, ale wychodzi na to, że jestem leń paskudny i nierób pospolity, któremu w głowie tylko przyjemności i zero obowiązków!

Chciałabym tak żyć. Będąc panią swojego czasu, mieć pieniądze i podstawione pod ryjek jadełko o oznaczonej porze... Chodzić na wędrówki, cykać zdjęcia i cieszyć się nicnierobieniem... ech... wylazła ze mnie prawdziwa natura. A na poważnie, to człek szybko przyzwyczaja się do dobrego. Nie musiałam rozpoczynać dnia od rozpalenia w piecu i szykowania jedzenia. Nie obchodziło mnie co jest, a czego nie ma w lodówce, co trzeba kupić żeby upichtolić obiad, nie musiałam pamiętać, że chleb w chlebaku leży już od tygodnia ten sam... Leżałam (yyy... to znaczy chodziłam) i pachniałam;)

Znów odrabiam lekcje z moją Najmłodszą. O dziwo, najlepiej mi idzie matematyka, najgorzej wypracowania z języka polskiego. No i kto tu - pytam się - zaliczył maturę na podwójne piątki?:>. Między pisaniem prac domowych dla mojego Dziecia, biegam galopem po lekarzach i załatwiam w ZUSie formalności. Cudem (czyt.: po wielkiej znajomości) udało mi się dostać do lekarza rehabilitacji i zaczynam zabiegi - moje ukochane wirówki i laser. Niewiele tego, ale dobre i to.

Nabyty w szpitalu dobry nastrój mnie nie opuszcza. Przyjmuję kolejne dni z dobrodziejstwem inwentarza, cieszę się, że jestem, że żyję i że wszystko idzie ku lepszemu. Dlaczego więc w tytule "Ja wysiadam..."? Bo zakręciło mną jak jesiennym wichrem i naprawdę tęsknię za słodkim nieróbstwem;)) A poza tym dostałam kompletnego fioła na punkcie fotografowania i nawet jak idę do warzywniaka, to biorę ze sobą aparat. Kompletny odpał! A że cykam fotki jak japoński turysta, to zapchałam komputer dokumentnie i pewnie będę musiała poświęcić kilka dni na kasowanie fotograficznych bubli. Tylko kiedy?!

No i to by było na tyle na dzień dzisiejszy. A reszta w tych nutkach:)

11:11, semiranna
Link Komentarze (20) »
czwartek, 17 listopada 2011
Współtowarzyszki szpitalnej niedoli;))

Moim największym problemem było to, jak poradzę sobie z kilkuosobowym towarzystwem zupełnie obcych mi kobiet. Z przerażeniem myślałam o zasypianiu i budzeniu się wśród osób, z którymi kompletnie nic mnie nie łączy, a już perspektywa wspólnie spędzanych dni dobijała mnie do reszty. Dawno wyrosłam z biwakowych czasów, kiedy nowe znajomości zawiązywały się szybko i bezboleśnie. Do szpitala wiozłam ze sobą swoje terytorium, swój własny świat, gdzie goście nie byli mile widziani...

Pierwsze dni były tragiczne. Na zewnątrz opanowana i uprzejma, wewnątrz gotowałam się emocjami. Żeby nie zwariować, w każdej wolnej chwili odgradzałam się od współlokatorek samotnymi spacerami, książkami i snem.

Sen...

Wiecie jak strasznie chrapią kobiety? Właściwie powinnam napisać osobną notkę na ten temat, bo z chrapaniem  doświadczyłam sytuacji tyleż przykrych, co i komicznych. Na razie ograniczę się do jednej refleksji: stan zdrowia i tusza nie mają wpływu na chrapanie. Wiek - tak;)).

Lokatorki zmieniały się w moim pokoju trzykrotnie. Grażynka i Basia były bardzo miłe, ale ja wystraszona, więc większych więzi nie nawiązałyśmy. Następne trzy tygodnie spędziłam w towarzystwie Basi (innej) i Zosi. Muszę przyznać, że całe moje myślenie o siedemdziesięciolatkach legło w gruzach. Co prawda pani Basia może i wyglądała na swój wiek, ale jej psyche było w świetnej formie. Miałam wyjątkową przyjemność w obcowaniu ze starym belfrem, wysławiającym się niezwykle starannie przepiękną polszczyzną. Na dodatek nie miała nic wspólnego ze znerwicowanym rodem nauczycielskim (bez urazy kochane Belferki;)). Spokojna, pełna ciepłych, radosnych myśli. Wyjątkowy człowiek:).

Pani Zosia to temat-rzeka;)) Zaryzykuję: wyglądała może na pięćdziesiątkę. Figura, cera, sposób bycia i ubierania, no i fryzura... Uczesana u jednego ze znanych fryzjerów, stroszyła na głowie czarno-bordowe kosmyki. I wyglądała w tym bosko! Wiem, wiem... wszystkim taki obraz kojarzy się ze starą pudernicą, ale w Zosi nie było grama estradowej sztuczności. Poza fryzurą subtelna elegancja, wdzięk i czar. I te wieczne chochliki w oczach... i stała gotowość do żartów i śmiechu, błyskotliwość jakiej darmo szukać wśród młodych metryką. Uwielbiałam tę kobietę. Mimo świeżo wszczepionej endoprotezy, Zosia towarzyszyła mi w krótkich spacerach po parku. Nigdy nie zapomnę chwil, kiedy obie próbowałyśmy zdjąć z drzewa wrzeszczącego w niebogłosy kocura, który ze strachu posikiwał nas cienkim siurem;)))

Miałyśmy wszystkie bardzo podobny biorytm, dlatego z przyjemnością spędzałyśmy ze sobą czas. Wzajemna wyrozumiałość i szacunek pozwalały nam nie tylko wytrzymać z przywarami, od których żadna z nas nie była wolna, ale znaleźć radość w rozmowach i w zwykłym, codziennym obcowaniu. Że nie wspomnę o nocnym "popijaniu" nalewki wiśniowej produkcji męża Zosieńki;)) I chociaż każda z nas przywiozła tutaj własny świat, to przenikały się one w wyjątkowo piękny sposób:).

Po wyjeździe Basi i Zosi, do "mojego" pokoju trafiła Zosia i zaraz za nią Anitka. (Swoją drogą, to wymiana Baś i Zoś była dość ciekawa, że nie wspomnę o mojej zmienniczce o tym samym nazwisku;)).  Ale wracając do kolejnych współlokatorek: "nowa" Zosia była przesympatyczną pięćdziesiątką z jednym felerem... stałą potrzebą mówienia;)))) W krótkim czasie dowiedziałam się o jej całej rodzinie, koligacjach, upodobaniach i historii życia. Znów zaczęłam uciekać za książki, co jakiś czas nieznacznie pomrukując acha, yhm, taaak? ano... i tym podobne, żeby nie urazić Zosi całkowitym brakiem uwagi dla jej tyrad;)))) Ale tak w ogóle, to Zosia była szalenie miłą osobą, dlatego ma miejsce w ciepłym kąciku mojego serca.

Anitka... śliczna czterdziestolatka w okresie drugiej młodości:) Bardzo pokiereszowana zdrowotnie, jednak pełna radości życia. Wyważona, skora do pomocy każdemu, kto jej potrzebował i tym innym także. Człowiek-serce. Nigdy nie pojmę, skąd w ludziach doświadczonych przez los, bierze się tyle optymizmu życiowego. Anita zarażała nim wszystkich, którzy przy niej stanęli. Lubię osoby emanujące spokojem. Ich wewnętrzna cisza pozwala zatrzymać się rozbieganym emocjom, spojrzeć na świat innymi oczyma. Lubiłam patrzeć oczami Anetki:)

To nie wszystkie osoby, o których warto napisać. W szpitalu stale przebywa około 280 pacjentów, zmieniających się przeważnie co trzy tygodnie. Oczywiście nie poznałam wszystkich, ale było jeszcze kilkoro, którzy pozwolili lubić się. Z wzajemnością:). Ale o tym innym razem:)

10:45, semiranna
Link Komentarze (12) »
środa, 16 listopada 2011
Inny świat...

Nie chce mi się wierzyć, że to już połowa listopada... Wydawać by się mogło, że raptem kilka dni wstecz pakowałam walizę, a już jestem w domu po prawie dwóch miesiącach pobytu w szpitalu. Wyjeżdżałam w niezbyt dobrym stanie i fizycznym, i psychicznym. Tuż przed wyjazdem musiałam podjąć decyzję o uśpieniu mojej maleńkiej Koci. Nie muszę pisać, jak się czułam...

Zgaszona, przygięta wydarzeniami ostatniego roku, próbowałam znaleźć w sobie siłę do kolejnej walki o siebie. Walki z bardzo trudnym przeciwnikiem - z samą sobą, z uzależnieniami, z charakterem, ze wszystkim tym, co tworzyło we mnie zmęczoną, zgorzkniałą kobietę. Czy udało mi się zdjąć z siebie ciężar ostatnich lat? Myślę, że z tej bitwy wróciłam z tarczą:)

Kręta droga między górami kończyła się szlabanem, który był niczym szafa z wejściem do krainy Narnii - po jego drugiej stronie zaczął się dla mnie świat cudów:) Na górskim zboczu, otoczony gęstym lasem stoi piękny budynek, wybudowany przez Niemców z przeznaczeniem na szpital -sanatorium dla niemieckich lotników. Z części lasu zrobiono park z oświetlonymi alejami dębów, dwoma małymi stawami ukrytymi za brzozowym zagajnikiem i murowanym basenem. Ustawione w cichych zakamarkach ławeczki pozwalały odpocząć w czasie spaceru. Piękne miejsce... Jednak nie tylko ono przyciągało swoim urokiem. Tym, do czego biegłam, za czym tęskniłam i czego pragnęłam, były góry:) Cudowne góry, zapraszające do spacerów i wspinaczki. Góry, gdzie wysiłek był przyjemnością, a ból zmęczonych nóg pozwalał cieszyć się zwycięstwem nad własną słabością. Znalazłam się w miejscu, gdzie przychodziły sarny i dziki, gdzie lisy uganiały się za kotami, a spacerom nieodłącznie towarzyszyły wiewiórki. Właściwie nie byłoby to niezwykłe miejsce, gdyby nie pora roku. Jesień w górach:) Nie ma piękniejszego miejsca dla jesieni. Tylko tu rozkłada ona pełną paletę swoich barw i czyni świat baśniowym... Syciłam się przemianami widoków, migotaniem kolorów, szelestem opadłych liści i ciszą czarno-białego świata mgły. Nie da się opisać odczuć i wrażeń samotnych wspinaczek. Ja, która sądziłam że już nigdy nie wrócę na górskie szlaki, w Czadrowie odzyskałam wiarę, że to  nie koniec. Że nie muszę otwierać drzwi, pukającej do nich słabości. Niech za nimi jeszcze trochę postoi. Albo niech pod nimi usiądzie. Ja pobiegam po moich ukochanych górach:) Właściwie nie było dnia, żebym nie spędziła popołudnia na górskich szlakach. W niedzielę i dni świąteczne, kiedy nie było ćwiczeń i zabiegów, wychodziłam zaraz po śniadaniu, zanim jeszcze opadły poranne mgły, a na trawie wyschła rosa. Chodziłam sama. Byłam tylko ja, góry i cisza. Nic, żadne słowa nie są w stanie opisać uczucia, kiedy jednoczysz się z Naturą. I chyba po raz pierwszy dotarło do mnie, co to tak naprawdę znaczy lubić siebie, swoje towarzystwo. Jak wiele można czerpać z chwil, gdy żadna maska, czy przebranie, nie są potrzebne.

Znalazłam się wśród ludzi mi podobnych. Pokaleczonych na ciele i umyśle. Ludzi próbujących zbudować w sobie odwagę na resztę życia. Odwagę nie tylko by być, ale żyć pełnią życia i cieszyć się nim, jakiekolwiek by ono nie było. Choćby na wózku inwalidzkim, czy z krzywą, niesprawną ręką. Można by pomyśleć, że to smutne miejsce i smutni ludzie, a ja w życiu nie widziałam, żeby gdziekolwiek indziej ludzie dawali sobie tyle radości i optymizmu, co tutaj. Paradoksalnie, w tym szpitalu królował uśmiech. Paradoksalnie, bo wszechobecny był ból. Ból i bezsenność. A jednak nie słyszało się narzekania. Tylko pot i niekiedy łzy pokazywały, jak trudna jest walka z własną niesprawnością.

Wspaniałe miejsce, cudowni ludzie. Wiele się od nich nauczyłam i mam nadzieję, że dla nich też byłam podporą. Odniosłam ogromny sukces, a to daje wiarę i nadzieję tym, którzy mają przed sobą podobną drogę. Osiągnęłam tak wiele dzięki mojej rehabilitantce - Małgosi - o rączkach małego dziecka. Złotych rączkach. Na pożegnanie miałam chęć ucałować te maleńkie paluszki, które codziennymi masażami prostowały moją rękę, rozciągały przykurczone mięśnie, rozmasowywały blizny. Małgosia nie musiała tego robić. Takich masaży NFZ nie funduje pacjentom. Małgosia mi zafundowała - codziennie godzinę. Mam szczęście:) Ręka odzyskała sprawność. Nadgarstek jest ruchomy (no, nie do końca, ale prawie), łokieć wywija się na wszystkie strony, zapnę staniczek, trochę niezdarnie, ale umyję sobie głowę, potrafię utrzymać w ręce warzywa przy obieraniu. Jednym słowem jestem prawie samoobsługowa. Ręka nie jest do końca wyprostowana, ale "w zwisie";))) praktycznie nie widać. Jeszcze tylko wypracować siłę i cierpliwie czekać na odbudowę nerwu. Na dzień dzisiejszy mogę przenieść kubek wypełniony do połowy. Siła też wróci:) A i ból kiedyś minie:) Kiedy? A czort je wie;))) Najważniejsze ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Wiem, że się uda:)

Inny świat:)

15:27, semiranna
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 26 września 2011
Wyjazd

Jadę do szpitala rehabilitacyjnego. Zaczynam prawdziwą walkę o sprawność ręki. Nie wiem jak długo tam będę. Lekarz bąkał coś o minimum miesiącu, ale jak będzie, to okaże się na miejscu. Mam nadzieję wrócić w dużo lepszej formie, nie tylko fizycznej:)

Pozdrawiam Wszystkich cieplutko i do napisania:)

10:31, semiranna
Link Komentarze (17) »
środa, 14 września 2011
Krzeszów, czyli poniedziałkowy zawrót głowy;)

Zdarzają się dni, kiedy wraca ochota do życia, z pleców znika kilkanaście, albo i kilkadziesiąt lat, a człowiek znów ma ochotę na szaleństwa;) Taki był dla mnie ubiegły poniedziałek:)

Rozpoczął się wczesnym rankiem, bo o ósmej musiałam już być w Urzędzie Skarbowym. Prześladowały mnie myśli zbereźne, co powodowało świetny humor i w efekcie domina wesołe flirty w rozmowach z urzędnikami. Takie niegroźne flirty, zważywszy na różnicę wieku;))

Ale do rzeczy...

Niespodziewany wylot na delegację uniemożliwił mojemu Synowi wyjazd ze mną do szpitala rehabilitacyjnego. W zamian, przed godziną dziesiątą, przyjechał po mnie P. Wiedziałam, że podróż będzie przyjemna, bo lubimy ze sobą gawędzić. Nie spodziewałam się jednak, że P. zafunduje mi wycieczkę krajoznawczą:) W ciągu godziny przeskoczyliśmy nasze kochane góry i w niecałą następną godzinę byłam już po konsultacjach. Byłam też pewna, że w domu będę na obiad, ale... skręciliśmy troszkę w bok i moim oczom ukazał się niezapomniany widok...

Bazylika Najświętszej Panny Marii Łaskawej w Krzeszowie.

Dom Opata i kościół św.Józefa, wraz z bazyliką pod wezwaniem NMP Łaskawej, mauzoleum Piastów i pozostałymi zabudowaniami, należą do najwybitniejszych budowli okresu baroku. W Polsce sklasyfikowane są jako zabytki klasy "0". Trwają starania o umieszczenie pocysterskiego kompleksu na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO.

 

To jeden z budynków kompleksu klasztornego byłego opactwa Cystersów w Krzeszowie. Przepiękne miejsce. Kościół św. Józefa, bazylika Panny Marii Łaskawej, mauzoleum Piastów, Dom Opata, kaplice Kalwarii i zabudowania klasztoru, a także przyklasztorny cmentarz, poddawane są gruntownej rewaloryzacji i części już odrestaurowane wyglądają wprost nieziemsko pięknie. Szczególnie wnętrza Sanktuarium Panny Marii Łaskawej. Barokowy przepych powala na kolana. Wspaniałe freski, malowidła ścienne, rzeźby, zdobienia kolumn na których wsparte są kopuły sklepienia, polichromie (poświęcę im osobny wątek), odnowione pilastry wraz ze sztukateriami, bogactwo złoceń i rzecz, która mnie zachwyciła najbardziej - przeznaczone dla zakonników kościelne stalle, dawniej kratą odgrodzone od wiernego ludu. Pierwszy raz widziałam coś tak niezwykłego...

Wyobraźcie sobie ogromne wnętrze kościelne, powiększone dodatkowo o nawy boczne z ołtarzami mniejszymi i konfesjonałami. W głębi ołtarz główny - wspaniałe rzeźbienia, mnóstwo figur, obrazów z życia świętych i girlandy złotych ozdób. Kilka metrów od ołtarza drewniane, stare ale pięknie zachowane balaski, przy których zakonnicy przyjmowali komunię świętą. Tylko zakonnicy. Bo dalej były właśnie te przecudnie zdobione stalle, krata i dopiero po jej drugiej stronie balaski, przy których mogli otrzymać komunię wierni.

Nawa główna. Widok w stronę stalli i ołtarza głównego. Od niedawna, przed ławami dla zakonników, ustawiono niewielki, skromny ołtarz, przy którym odbywa się celebra mszy świętej, co czyni to wnętrze bardziej przyjaznym dla zwykłych ludzi. No i nie ma już kraty oddzielającej część zakonną od części dla pozostałych wiernych.

Odnowiona część ołtarza głównego, z widocznym po prawej stronie wejściem do mauzoleum Piastów świdnicko-jaworskich, gdzie znajdują się sarkofagi Bolka I, Bernarda Świdnickiego i Bolka II. Mauzoleum przypomina dużych rozmiarów kościół i jest nie mniej bogato zdobione niż sanktuarium Panny Marii Łaskawej. Ikona widoczna tuż nad tabernakulum, oprawiona w ozdobną, srebrną ramę, jest najstarszą tego typu ikoną maryjną w Polsce i jedną z pięciu najstarszych w Europie, a jej powstanie datuje się na koniec XII wieku.

Ołtarz główny.

To część nawy bocznej, podzielonej na kaplice, w których znajdują się ołtarze mniejsze, poświęcone poszczególnym świętym.

Nad nawami bocznymi balkony z metalowymi barierkami, bardziej przypominającymi najdelikatniejsze koronki, aniżeli solidne zabezpieczenia. Kwietne ornamenty, cyzelowane rękami mistrzów kowalstwa, zdają się drżeć kruchością wykonania.

W dalszej części nawy głównej ustawione są ławy, ale wzrok przyciągają umieszczone tuż pod sklepieniem, wprost niebiańskie organy... chciałabym kiedyś usłyszeć ich brzmienie:)

A to kazalnica, czy inaczej ambona, wykonana rękami dawnych mistrzów, a odnowiona rękami równie zdolnych artystów współczesnych. Muszę przyznać, że wygląda tak, jakby dopiero opuściła rzemieślniczą pracownię. Spójrzcie:)

 

Tuż obok, przy ołtarzu Jana Chrzciciela stoi wyjątkowej urody chrzcielnica. Prezentuje się piękniej, niż proste, kamienne misy we współczesnych budowlach sakralnych.

 

Bardzo podobały mi się stare konfesjonały umieszczone w bocznych kaplicach.

 

Popatrzcie... to jeden z ołtarzy bocznych. Było ich w sumie kilkanaście. Każdy wart zachwytu.

Na koniec wrócę do wspaniałych rzeźb, zdobiących fasadę bazyliki PMŁ. Nad wejściem głównym umieszczone zostały dwu i pół metrowej wysokości posągi świętych, a nad nimi znajduje się piaskowa rzeźba Najświętszej Marii Panny. Umieszczenie rzeźb między kolumnami daje wspaniały efekt monumentalnej budowli. Zobaczcie sami:)

 To chyba mój najdłuższy wpis... mam nadzieję, że nie najnudniejszy;)) Chciałam Wam opowiedzieć o tym wyjątkowym dniu i wyjątkowym miejscu, tylko że nie potrafię w dwóch słowach i kilku zdjęciach:) Dziś pokazałam tylko kawałeczek wnętrz bazyliki, a przecież tuż obok jest kościół św.Józefa i ogromne mauzoleum Piastów. Wszystko tak piękne, że dech zapiera. Wrócę do nich w następnych notkach, bo warto pokazać wspaniałość zabytków dawnej architektury sakralnej.

Zwiedzanie Krzeszowa nie było ostatnim punktem dnia. Ale o tym później. Mogę tylko napisać, że Krasnoludki mają w posiadaniu miejsca godne Olbrzymów;))

09:51, semiranna
Link Komentarze (21) »
poniedziałek, 12 września 2011
Męska pupa

Chyba wracam do zdrowia, bo zauważam coś, co przez ostatnie tygodnie umykało moim oczom i mojej uwadze, czyli jędrne, męskie pośladki. W powodzi tyłków zawsze bezbłędnie odnajdywałam te umięśnione, zapowiadające dużą wytrzymałość w kołyszącym ruchu zespolenia ciał. Uwielbiam drażnić pazurkami napinające się mięśnie partnera, sprawiać, że skóra drży pod pieszczotami palców. I lubię patrzyć na zgrabne pośladki opięte dżinsami. Są jak afrodyzjak wyzwalający pożądanie...(westchnęła rozmarzona)...

Wczesnym ranem wybrałam się do Urzędu Skarbowego w Bardzo Ważnej Sprawie, do jeszcze Ważniejszego Pana Urzędnika. Po drodze minął mnie młody, może trzydziestoletni mężczyzna. Sacrebleu! Nie dość, że weszłam za nim w smugę zapachu perfum Hugo Boss, to widok sprężystego tyłeczka mało nie przyprawił mnie o zawał;)) Cudem opanowałam się, żeby nie chwycić nieznajomego młodziana za jego tylną część ciała;)))

W Urzędzie też nie było lepiej, bo w pokojach nadzwyczaj obrodziło w młodych stażystów i nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że zostali zatrudnieni po castingu męskiego wydania Top Model. Mówię Wam - ciasteczka i cukiereczki!

Do polizania przez szybę;))))

Seksu mi się chce! A to niechybnie oznaka zdrowienia:))

20:21, semiranna
Link Komentarze (17) »