| < Wrzesień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
RSS
czwartek, 22 grudnia 2011
Wesołych Świąt!

20:58, semiranna
Link Komentarze (10) »
środa, 21 grudnia 2011
Przedświąteczny finisz

Jakimś cudem udało mi się pozałatwiać niemal wszystko z listy spraw przedwyjazdowych. Wyczyn to niemały, bo dwie godziny z każdego dnia zajmują mi zabiegi i ćwiczenia, po których jestem zmęczona niemal tak samo, jak po biegu przełajowym. Popakowane hermetycznie świąteczne smakołyki zapełniły półki w lodówce, prezenty schowane w ozdobnym papierze czekają na wigilijny wieczór i wbrew logice, w pokoju stanęła przystrojona świątecznie choinka. Wbrew logice, bo przecież nie spędzam Świąt w domu. Choinka w tym roku niewielka i sztuczna. Czy to umniejszy ducha świąt? Nie sądzę. Spoglądam na lilipucie drzewko i uśmiecham się tak samo jak wtedy, gdy ubierałam żywe świerki. Bo Święta są we mnie:)

Mam się z czego cieszyć. Dziś ortopeda umówił mnie na wizytę w połowie stycznia i ostateczne ustalenie terminu usunięcia drutów. Wstępnie pod koniec stycznia, ale może uda się urwać jeszcze tydzień. Nie potrafię rozmawiać z lekarzami. Każą mi się cieszyć z tego, co ręka potrafi i zdziwieniem reagują na moją złość. No bo to jest tak: kobieta mało co ręki nie straciła, a marudzi, że nie osiągnęła pełnej sprawności. Ja to wszystko wiem. Wiem, że powinnam być szczęśliwa z ruchomości stawów, ale jestem pewna, że mogę osiągnąć jeszcze dużo więcej. Ale najpierw usunięcie drutów. To mam obiecane. Za darmo! :))) Czy mogłam dostać lepszy prezent?:)

Jutro przyjeżdża Najmłodsza. Karp, pierożki i bigos czekają. Podobnie jak prezent. Pomyślałam, że dobrym zakupem będzie książka "Lekka kuchnia polska". Przyda się mojej Córci:) Co mam dla starszych dzieci? Tajemnica:) Bo czytają!;)) Mamie potrzebne jest nowe żelazko, więc tylko dodam flakonik Jej ulubionych perfum i wystarczy. Co ja chciałabym znaleźć pod choinką? Dużo ludzkiej życzliwości i serdecznych przytuleń. To wszystko co jest mi potrzebne:)

20:23, semiranna
Link Komentarze (16) »
sobota, 17 grudnia 2011
Pożegnanie

Zmarła Cesaria Evora. Brak mi słów.

(*)

23:42, semiranna
Link Komentarze (5) »
Sobotnia balanga;)

Kurcze... gdzie te czasy, kiedy sobotni wieczór kojarzył się tylko ze spotkaniami przy dobrym winie, tańcem lub ciekawym filmem w kinie? Od kilku miesięcy sobota niewiele różni się od innych moich dni. Zabiegi, ćwiczenia, pomoc Mamie, później zakupy znoszone "na raty", bo nie zawsze syn jest pod ręką, żeby pomóc. Gotowanie, sprzątanie, pranie, no i palenie w piecach. Wieczorem padam na pysk ze zmęczenia. Jak to się działo, że po kilkugodzinnych wędrówkach po górach nie byłam zmęczona tak, jak teraz?

Święta... Dlaczego wszystko musi być zapięte na ostatni guzik nawet wtedy, gdy wyjeżdżam? Właściwie zwłaszcza dlatego... Chciałabym zapewnić i Mamie, i dzieciom pozostającym przecież w kraju, maksimum nie tyle pomocy, co przyjemności. Wyrzuty sumienia? Trochę tak. Dlatego w zamrażarce leżą zabite i oprawione karpie, a lodówka pełna jest mięs wszelakich na bigosowe szaleństwo, którym obdaruję moich bliskich. Bigos na gorąco załaduję w słoje, pieczeń w sosie również. Pierożki z kapustą i grzybami zamrożę - będą musieli sami sobie ugotować.;) W zupie grzybowej mistrzynią jest Mama, więc z tym nie będzie kłopotu. Dziś byłam u sióstr Salezjanek po opłatki. Podzielę wszystkich równo. Część zabiorę ze sobą. I kiedy przyjdzie czas łamania się symbolem Ciała Chrystusa, będziemy dzielić się z całą Rodziną. Tak, jakby nie dzieliła nas ta ogromna odległość.

Sobotni wieczór...

Zmęczona, z piekielnie bolącą ręką i diabli wiedzą czemu stopami, staram się nie tylko odpocząć, ale i ogarnąć myślami ten przedświąteczny czas. W mojej głowie projekcja filmu ze stop klatkami, z najmocniej zapisanych chwil tego roku. Mam wrażenie, że pod względem emocjonalnym mijający rok był jednym z najbardziej obfitujących w przeżycia. Dobre i złe. Cieszę się, że emocjonalna szala zaczęła się równoważyć, a amplituda jej wychyleń jest znacznie mniejsza. To pozwala mi żyć dużo spokojniej. Jak będzie w przyszłym roku? Nie wiem... Nie mam pojęcia. O niczym nie marzę, niczego nie planuję. No, może poza przyspieszeniem operacji uśmiercania we mnie robocopa, czyli usunięcia metalowych części z mojej ręki;)) Potrzebowałam pomocy i (chyba) ją dostałam. Wraca mi wiara w ludzi.

Ale o tym inną razą;))

18:43, semiranna
Link Komentarze (10) »
wtorek, 13 grudnia 2011
Na fali wspomnień

Trzydzieści lat? Nie wierzę... To przecież całe pokolenie, a ja nie czuję się tak staro:)

A jednak.

Wprowadzenie stanu wojennego było dla mnie dziwnym przeżyciem. Dziwnym, bo najmocniej utkwił mi we wspomnieniach fakt, że tej niedzieli - 13 grudnia 1981 roku - nie było w tv Teleranka... Wiem, to głupie, bo nie byłam już dzieckiem, ale w niedzielny poranek telewizor włączony był właśnie na tę audycję. Jednak ekran odbiornika tylko śnieżył brakiem obrazu. W końcu pojawił się na nim spiker w mundurze oficera Wojska Polskiego i zapowiedział wystąpienie generała Jaruzelskiego.

Pamiętam swoją reakcję na wieść o ogłoszeniu stanu wojennego. Podeszłam do okna i wypatrywałam czołgów na ulicy... Dlaczego tak? Bo w pamięci małej Bogusi błyskało wspomnienie przejazdu wojska zmierzającego do Czechosłowacji w 1968 roku. I na zasadzie skojarzeń czekałam, że i teraz pojawią się czołgi. Jednak ulice były puste bardziej niż kiedykolwiek. Królowała zima. I uczucie niepewności. Strachu? Trochę tak. Ojciec - były akowiec. Człowiek niepokorny, nigdy nie schylający głowy przed władzą. Jeden z braci i ja dość mocno działający w strukturach Solidarności. Zagłuszane radio Wolna Europa informowało o internowaniu najważniejszych członków władz związku. Baliśmy się nie o siebie, ale o kraj. O Polskę, która wydawała się być już wolna od sowieckich wpływów, a uderzył w nią wróg najgorszy, bo swój...

Co było później?

Podziemie. Może komuś wyda się to śmieszne, ale mnie wcale nie było do śmiechu, kiedy nocami na powielaczu odbijaliśmy w piwnicy setki stron gazetek solidarnościowych. Jeszcze mniej zabawne było rozwieszanie ich w publicznych miejscach. Radio "Solidarność" nadawało z naszego strychu. Przez kilka dni. Potem przenosiliśmy się w inne miejsca. To było jak z filmów. Wystawiane były "czujki" strzegące spokoju nadających komunikaty. Zachowana była całkowita konspiracja, nawet Mama nie wiedziała co się dzieje nad jej mieszkaniem i w piwnicy. Cieszyła każda udana gazetka i każda audycja, którą udało się nadać. Nie. Nie czułam się nikim szczególnym. Robiłam to, co kazało mi serce i sumienie. Ale kiedy dziś biorę do ręki książkę o Solidarności Dolnego Śląska z tamtych lat, to strasznie mi miło, że autor zauważył kogoś takiego jak ja.

Patriotyzm?

Dziś zaczyna się i kończy na zawartości mojego portfela.

09:05, semiranna
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Życie kobiety po pięćdziesiątce

Jeśli mi się zdawało, że w miarę upływu lat życie zwalnia swój szaleńczy bieg, to chyba się pomyliłam... Owszem, ostatnie lata przypominały ostre hamowanie, ale mam wrażenie, że na nowo nabieram rozpędu. Paradoksalnie w dużym stopniu przyczynił się do tego wypadek i wszystko to, co działo się później. Nie pracuję, więc wydawać by się mogło, że mój czas płynie leniwie, a ja gubię dni ;)) Pogoda dopisuje, dlatego więcej jestem poza domem. Ciągle się gdzieś spieszę, coś załatwiam, z kimś spotykam. Nie, nie... to nie są jakieś ważne spotkania. Ot, czasem zwyczajna herbata wypita ze znajomymi, albo obiad z Mamą i Synem. Najmłodsza zagląda kiedy tylko może mnie uchwycić w domu. Ostatnio przytargała dwa olbrzymie karpie (każdy po trzy kilo!), żebym zabiła i wypatroszyła. Jednego usmażyłam ("bo nikt nie robi lepszego niż ty, mamusiu") i uwierzycie, że połowę zjadła na pniu?;)) Ma ogromny apetyt. Tym razem ciąża jej służy:)

Pisałam już, że będę babcią? Ano, pisałam:) Tylko nie wspomniałam jeszcze, ze podwójną:))) Najstarsza urodzi Bąbelka na początku maja, Najmłodsza swoje Bambino urodzi końcem czerwca.
I jak tu się rozdwoić? Najbardziej przerażają mnie wydatki. Bo też podwójne;) Muszę nauczyć się bycia babcią. Mam na to jeszcze parę miesięcy, może mi się uda;) Na razie cieszę się szczęściem moich córek. I mam wewnętrzny spokój i pewność, że wszystko będzie dobrze. Cukrzyca Najmłodszej uspokoiła się. Wydatnie pomogła w tym nowa pompa insulinowa, którą dostała od jednej z fundacji. Fundusz Zdrowia daje pompy ciężarnym chorym na cukrzycę, ale po porodzie zabiera. Najmłodsza będzie miała swoją przez kolejne cztery lata. Tyle wynosi żywotność pompy. To już trzecia w jej życiu. A z moją głową nie jest jeszcze tak całkiem źle, bo mimo iż ta pompa jest zupełnie różna od poprzednich, to udało mi się ją uruchomić i zaprogramować wszystkie dawki dobowe. A nie jest to proste, bo w sumie jest ich 48 i trzeba robić krzywe cukrzycowe, żeby ustalić prawidłowe ilości insuliny. Ale udało się i najważniejsze, że Najmłodsza czuje się świetnie:) Podobnie jak Najstarsza, która nawet na krok nie zwolniła swojego życia. Tytan pracy:) Lecę do niej na święta. Ucieszymy się sobą przez 10!! dni:)) Jeszcze nie w nowym domu, bo trwają papierowe procedury kupna, ale będę go mogła zobaczyć. Koniec z wynajmowaniem! Koniec z sublokatorami! Mój wnusi Bąbelek urodzi się już w nowym - własnym! - domu:)

A ja? No cóż... nie szukam miłości. I nie tęsknię za nią. Mam wrażenie, że miłość może tylko boleć. Mnie. I że ta moja nie jest nikomu potrzebna, więc za czym tęsknić? Mężczyzna potrzebny mi jest w łóżku i jako kierowca - towarzysz w wyprawach za miasto. To wszystko czego oczekuję. Krótko mówiąc uczę się być suką. I nie powiem - w pewnym stopniu zaczyna mi to sprawiać przyjemność. Bo żaden mężczyzna nie zasługuje na oddanie i miłość bezwarunkową. Jak to powiedział mój znajomy: "Chcesz mieć idealnego męża? Traktuj go jak psa." I widzę, że nie tylko jemu takie traktowanie odpowiada.

Rozgadałam się...:) A teraz galopem do Mamy sprzątać po przestawianiu pieca! Też sobie wymyśliła robotę na przedświąteczny czas;)))

12:34, semiranna
Link Komentarze (14) »
piątek, 02 grudnia 2011
Moje szczyty;))

Po powrocie do domu codziennie obiecywałam sobie, że wejdę na wieżę miejskiego ratusza. Na samej górze udostępniony jest dla zwiedzających taras widokowy, z którego rozpościera się panorama całego miasta, a właściwie całej kotliny i gór ją otaczających. Trochę ze strachem podjęłam próbę wejścia po wąskich, za to niebotycznie stromych, metalowych schodkach. Jeszcze do niedawna taka wspinaczka nie była dla mnie łatwa. Serce waliło jak młotem, sapałam jak miech i kilkakrotnie musiałam odpoczywać. Tym razem bryknęłam na górę jak młoda koza i miałam nieodparte wrażenie, że wieża zmalała;)) Kondycja wyrobiona w górach procentuje nie tylko dobrym samopoczuciem, ale i dużo większą sprawnością.

Moje miasteczko nieodmiennie mnie zachwyca. Szczególnie starówka i pobliskie uliczki z zadbanymi kamieniczkami. Widok z ratusza cieszy serce przy pięknej pogodzie. Szkoda tylko, że jesienne powietrze niezbyt przejrzyste i nie widać miasteczek położonych tuż pod górami. Na to trzeba będzie poczekać do wiosny:)

A na razie zobaczcie kawałeczek mojego świata:)

Zachodnia pierzeja Rynku z widokiem na dawny kościół ewangelicki, obecnie pod wezwaniem Marii, Matki Kościoła. Widoczny fragment ulicy Świdnickiej.

Południowo-zachodnia strona Rynku. W dali wieża ciśnień, jeden z ciekawszych obiektów architektonicznych miasta. Linię horyzontu znaczą Góry Sowie z największym szczytem Wielką Sową, niestety słabo widoczne.

Biegnąca ku wschodowi ulica Ząbkowicka.

A to jeden z bloków północnej strony Rynku. Chociaż miasto ocalało z pożogi wojennej, to niestety po wojnie zburzono kamieniczki północnej pierzei. Szpecące stare miasto bloki pomalowano w sposób imitujący starą zabudowę. W oddali widać Ślężę, zwaną także Sobótką, która w dawnych czasach była miejscem pogańskiego kultu solarnego.

Część południowo-wschodnia z kościołem Św.Jerzego, którego najstarszy, zachowany fragment datuje swoje powstanie na rok 1159.

12:10, semiranna
Link Komentarze (32) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 22