| < Czerwiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
RSS
wtorek, 17 stycznia 2012
Konkurs na Blog Roku

Rozpoczął się kolejny wyścig o miano najlepszego. O to złote piórko, którym można będzie firmować blog przez następne dwanaście miesięcy. Większość startujących w konkursie nie dba o nagrody. Liczy się fakt wyróżnienia albo przez czytelników, albo przez jury. Ja wiem, że pierwsze etapy są bardziej sprawdzianem umiejętności marketingowych, niż zdolności literackich, ale konkurs ten posiada jedną, ogromną zaletę - można w tej blogowej zalewie odnaleźć niezwykłych ludzi, bo ze zwykłej, ludzkiej ciekawości zagląda się na zgłoszone blogi.

Stanęłam do konkursu w 2008 roku. Gdzieś już pisałam - miał być fun, a tymczasem wystawieniem swojego blogu w kategorii Literatura, rozpętałam I Wojnę Blogową;) Dostałam ostro po tyłku, ale nie żałuję tej lekcji. Dała mi zdecydowanie więcej, niż pochlebne uwagi. Pozwoliła krytycznie spojrzeć na moją pisaninę i odnaleźć zupełnie inną siebie.

W konkursie dotarłam bardzo wysoko, bo do ścisłej dziesiątki w swojej kategorii. Czułam się dumna, ale nie z racji miejsca. Przychodziły do mnie maile od zupełnie obcych osób, których moje pisanie uśmiechało i to było największą nagrodą. Nie powiem - straszliwie chciałam wygrać tego laptopa i zagrać na nosie wszystkim tym, którzy pluli nie tylko na moją grafomanię, ale i na mnie. Nie udało mi się wygrać, ale co użyłam emocji startując w konkursie - to moje;)

W tegorocznym wydaniu konkursu biorą udział  blogi dziewczyn z naszego środowiska. Troszkę spłoszone regulaminem konkursu ostro przyhamowały. A mnie się cisną na usta słowa: "Leć, Adaś, leć!";))) Lećcie, Dziewczyny, bo macie wspaniałe i mocne skrzydła! Nie jest najważniejsze to, czy się wygra. Nie jest istotne nawet to, czy przejdzie się do następnego etapu. Czas konkursu jest dla jego uczestników czasem spotkań z wieloma czytelnikami, czasem nawiązywania nowych znajomości i innych relacji:)

Wykorzystajcie ten czas do maksimum. A Wena niech nie schodzi z Waszych ramion!:))

Jeśli ktoś z Gości tego bloga nie zagłosował na moje Dziewczyny, to jeszcze raz zachęcam. Bo warto:)

Blog Magdy (Niespieszna)- SMS o treści G00241 na numer 7122

Blog Ilenki - SMS o treści A00520 na numer 7122

Blog Reginy i Joli (Kapelutki) - SMS o treści A00812 na numer 7122

Blog Frusty - SMS o treści G00127 na numer 7122

Ps

W sumie największą nagrodą dla mnie były słowa: "Jestem dumny z twojego bloga". Ale to było dawno i nieprawda;)


21:09, semiranna
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Droga przez mękę

"Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie jako smakujesz, aż się zepsujesz" mawiał Jan Kochanowski. I jest to jedna z myśli tyleż prawdziwych, co i bolesnych.

Nie mam charakteru osoby przewidującej i zapobiegliwej. Czasy pełnych półek rozleniwiły mnie mocno, co zaowocowało niechęcią do chomikowania na zapas. I tak jestem zmęczona koniecznością stałego pamiętania o swoich chorobach. W przedświątecznym rozgardiaszu umknęła mojej uwadze zawierucha związana ze zmianami na listach leków refundowanych przez NFZ. Nie zrobiłam zapasów. W sumie to i tak większość muszę wykupować z pełną odpłatnością, bo nie wiedzieć czemu choroba nadciśnieniowa, tudzież arytmia nie są zaliczane do chorób przewlekłych. Nie bardzo rozumiem dlaczego, bo przecież żeby żyć, muszę brać leki do końca swojego żywota. Ale nie o tym dziś chciałam...

Zabrakło mi jednego z leków. Ponieważ wciąż trwają przepychanki między lekarzami, a aptekarzami, tudzież między wyżej wymienionymi, a rządem RP, postanowiłam pójść do lekarza, żeby mnie oświecił w kwestii co teraz będzie z moim leczeniem. Pani Doktor była miła, wszystko mi wyjaśniła, dała skierowania do kilku specjalistów, ponieważ w myśl nowych zasad nie będzie mogła przepisywać mi leków w cenach zniżkowych na niektóre moje choroby i wręczyła mi to wszystko wraz z receptą na brakujący lek. Receptą z pieczątką: "Refundacja leku do decyzji NFZ".

W aptece z radością przeczytałam kartkę, że jeśli pacjent okaże się aktualnym dokumentem potwierdzającym ubezpieczenie w NFZ, to recepty będą zrealizowane bez problemu. Wyciągnęłam taki dokument i wraz z receptą podałam ślicznej panience z okienka. Panienka długo szperała w czeluściach komputera, na koniec mówi, że lek może mi sprowadzić na poniedziałek. Nie uśmiechało mi się pozostanie bez tabletek przez kilka dni, więc podziękowałam i poszłam szukać po innych aptekach. W następnej nie było, w jeszcze jednej również, więc zaczęłam się trochę niepokoić. Kolejna Pani Magister spojrzała uważnie na receptę i mówi: takiego leku w ogóle nie ma. Nie istnieje. Trochę nerwowo sięgnęłam w czeluści torebki i wyjęłam stare opakowanie. No przecież jest - mówię. Pani na to podtyka mi pod nos receptę, a tam zamiast: Symapamid SR, stoi jak wół: Syndapamid SR.

W grudniu zdarzyła mi się bardzo przykra scysja ze zdenerwowanym lekarzem, któremu przyniosłam do poprawienia błędnie wypisaną receptę. Siadam więc w aptece na krzesełku, wyciągam telefon i dzwonię. Skonfundowana Pani Doktor obiecuje, że nowa recepta będzie na mnie czekać w przychodni. Mokry śnieg zakleja mi oczy, lodowaty wiatr smaga po czym się tylko da, ale mężnie wracam do przychodni.

Faktycznie - prawidłowo wypisana recepta już na mnie czeka. Pomyślałam, że wejdę do apteki, w której pani proponowała mi sprowadzenie leku na poniedziałek. W końcu teraz mam na recepcie inny, więc może akurat? Podaję karteluszek, Pani Magister spogląda i mówi:

- Już pani mówiłam, że ten lek może być dopiero na poniedziałek.

- Nie, nie - odpowiadam - to jest inny lek, bo tamta recepta była źle wypisana.

- Ale ja się domyśliłam, że chodzi o to lekarstwo - uśmiecha się do mnie Pani Magister.

- Domyśliła się pani? - pytam - I nie powiedziała mi, że recepta jest źle wypisana? Przecież wiedziała pani, że w żadnej aptece nie zrealizują mi błędnie wypisanej recepty...

Śliczna uśmiecha się do mnie ślicznym, ale już mniej inteligentnym uśmiechem. A mnie krew zalewa! I wściekłość na niekompetencję ludzi, którzy z racji swojego zawodu mają służyć tym najsłabszym, bo chorym, a posługują się nimi we wzajemnych rozgrywkach o pieniądze i glejt bezkarności w razie pomyłek. Nosz kur...!

Myślicie, że to koniec moich potyczek lekarsko-aptekarskich? Wciąż nie mam lekarstwa. Powrót do Rynku i kolejne apteki. Nie ma, nie ma, nie będzie. Zaczynam mieć myśli o spiskowej teorii dziejów - nic, tylko ktoś chce mojej śmierci;)) Wreszcie w kolejnej słyszę: nie ma, ale dam pani lek zastępczy. Tylko musi pani zapłacić 100% odpłatności, bo od rana mamy zaostrzony protest strajkowy i nie stosujemy obniżonej odpłatności w przypadku recept z pieczątką "Refundacja leku do decyzji NFZ".

Wykupiłam lekarstwo, ale nie obeszło się bez nerwowej wymiany zdań z paniami po drugiej stronie okienka. Bo ja mam w dupie ich protesty. I nie obchodzi mnie przepychanka, której celem jest tylko zapełnienie ich portfeli oraz zapewnienie bezkarności w razie niedbalstwa. Jestem zdumiona bezczelnością lekarzy i farmaceutów, którzy wykorzystują nas - pacjentów - żeby osiągnąć swoje cele. Bo to mój portfel ponosi koszty i moje zdrowie jest narażone na szwank. Pokażcie mi biednego lekarza, albo biednego aptekarza. Przecież te zawody, to żyły złota. Ale trzeba się trochę wysilić, a im się nie chce.

Lekarze i aptekarze to jedno, rząd to drugie. Właściwie wszyscy mają w dupie pacjenta. Najlepiej by było, żeby umarł i po kłopocie i dla lekarza, i dla władzy. Bo aptekarz straci dobry zysk. No, ale przecież choroby chodzą po ludziach i z pewnością będzie następny.

Wiem, powtarzam się, ale naprawdę nie wiem na jakim świecie żyję. Wszystko stoi na głowie. Najważniejsze wartości toną w rzece zachłanności. I wiecie co jest najgorsze? Że są ludzie ciężko chorzy, którzy odchodzą od aptecznych okienek bez leków. Nie mam pojęcia jak farmaceuta może unieść taki ciężar. Chory nie ma wyboru. Nie kupi lekarstwa w zieleniaku, czy piekarni. Musi pójść do apteki. Państwo gwarantuje osobie ubezpieczonej wykup leku ze zniżką. Dlaczego rząd pozwala na to, by chory człowiek ponosił ciężar rządowo-lekarsko-aptekarskiej wojny? Nasz kraj dawno przestał być państwem opiekuńczym. Jak nazwać ten dzisiejszy?

Wiem, wiem... poniosło mnie. Ale kto by to wytrzymał? :/

21:20, semiranna
Link Komentarze (29) »
wtorek, 10 stycznia 2012
WOŚP i pidżama party;)

Nowa notka miała być o Jurku Owsiaku i Orkiestrze, ale po namyśle dołączę do grona snujących się po domu w puchatych szlafrokach, z kubkiem czegoś gorącego w dłoniach. Od kilku dni zero aktywności życiowej. Nie sądziłam, że można tak zgnuśnieć. Sypiam po kilkanaście godzin i wstaję niewyspana. NIC mi się nie chce robić, w związku z czym kuchnia, salon i łazienka zaczynają przypominać stajnię Augiasza. Najszczęśliwsza jest moja kocura, gdyż przestałam zwracać uwagę gdzie i po czym się szwenda. No niechby mnie kto w tyłek kopnął w ramach przekazania energii;)))

Może jednak trochę o WOŚP też:) Od początku jestem fanką Orkiestry Owsiaka. Naszej Orkiestry. I chociaż nie byłam nigdy wolontariuszką WOŚP, to zawsze jakiś grosik wrzucam. I cieszę się z entuzjazmu ludzi uczestniczących w tej pięknej akcji, tym bardziej, że rozpowszechnia ona ideę pomocy wśród młodych. Uczy wrażliwości, solidarności. W tym roku zbierano między innymi na pompy insulinowe dla kobiet ciężarnych chorych na cukrzycę. Takich, jak moja Najmłodsza. Dzięki fundacji państwa Czarneckich z Wrocławia, Mała ma taką pompę. Jeszcze do niedawna praktycznie niemożliwym było utrzymanie ciąży cukrzycowej. Bez nowoczesnej technologii bylibyśmy bezsilni wobec choroby. A tak, coraz więcej kobiet chorych na cukrzycę ma szansę na urodzenie dziecka. Cieszę się, że dzięki naszemu orkiestrowaniu, takich szczęśliwych mam będzie jeszcze więcej:)

A co do wypowiedzi wielu krytykantów, którym Orkiestra Owsiaka i ludzka solidarność z najsłabszymi jest solą w oku, to napiszę tylko jedno: żenujące jest, jak bardzo niektórzy chcą zaistnieć krytykując tych, którzy czynią dobro. Pałętam się po domu i przypominam sobie niedawną dyskusję na jednym z forów. Rzecz dotyczyła tragedii małej Ani, oddanej przez rodziców zastępczych po ośmiu latach wychowywania. Nie chcę tu roztrząsać samego faktu, bo nie ulega żadnej wątpliwości, że dziecku wyrządzono ogromną krzywdę. Dotknę jedynie kwestii słów, jakimi komentowano postępowanie opiekunów Ani. Bydlęta, potwory, bezmyślność, skrajna głupota, moralne dno. To jedne z niewielu określeń, jakimi obrzucono tę rodzinę. Jakby nie istniało tych osiem lat, kiedy ludzie ci tworzyli Rodzinę, otaczając Anię taką samą opieką, jak biologiczne dziecko.

Jakże wielką mamy łatwość oceniania tych, którzy próbują zrobić coś dobrego dla innych. Jak prosto podciąga się całe środowiska pod jeden przypadek. Bo natychmiast pojawiły się wpisy o interesowności osób zajmujących się wychowaniem zastępczym, pisano o niskich pobudkach jakimi kierują się biorąc dziecko na wychowanie. I natychmiast pojawiły się też wpisy mówiące o ogromnej dorosłości tych, którzy nic nie robią, żeby pomóc takim dzieciom. Jakby byli lepsi i bardziej odpowiedzialni od tych, którzy przynajmniej próbują dać siebie innym. Zaczynam się zastanawiać na jakim świecie ja żyję? Lepiej NIC nie robić?

A Jurkowi Owsiakowi też coś napiszę: rób swoje, Chłopie kochany!

14:30, semiranna
Link Komentarze (10) »
niedziela, 08 stycznia 2012
Powrót z przeszkodami

Kiedy wracam wspomnieniem do dnia powrotu z Anglii, to jeszcze nie dowierzam, że żyję. Strasznie zabrzmiało, prawda? A jeszcze straszniej było. Dziś myślę, że jestem dużo silniejsza, aniżeli mi się wydaje. Bo przeżyłam horror w czystym wydaniu. A właściwie trzy horrory w ciągu jednej godziny, co - jak na osobę, która traci przytomność z byle głupstwa - jest o każdy z tych trzech za dużo.

Na lotnisko przyjechałyśmy z Najstarszą 40 minut przed planowanym odlotem. Właściwie trochę za późno, ale nie mogłam oderwać oczu od wspaniałej zabudowy uniwersytetu w Cambridge, no i trochę przesadziłam. Ale 40 minut to nie jest najgorszy czas. Pod warunkiem, że się w ostatniej chwili nie wrzuci do bagażu podręcznego szczotki, szczoteczki do zębów i dezodorantu...

Nie, nie - ja wiem - woreczek był i zapakowane w nim płyny i kremy o pojemności nie większej niż 100ml też były. A dezodorant "wrzucił się był" do torby jakoś tak sam... "Uzbrojona" w zdjęcia rtg i pismo dziesięciokroć ostemplowane przez lekarza, tudzież w tłumaczenie onego pisma na język angielski, śmiało przekroczyłam bramkę, która o dziwo nie zapiszczała. Natomiast zapiszczała moja walizka, którą natychmiast bezduszna maszyna wypchnęła do kontroli szczegółowej.

Zatem stoję i czekam.

Czekam.

Czekam.

A moje ciśnienie rośnie wprost proporcjonalnie do upływającego czasu. Wreszcie celniczka w czarnych, skórzanych rękawiczkach przywozi na ladę moje torbiszcze i zaczyna się kontrola. Każdy mój ruch ręką w stronę torby czy kurtki, natychmiast hamowany jest gestem czarnej rękawiczki;) I pani wywala z walizki wszystko, po czym skrupulatnie przeszukuje fiszbiny staniczków, tudzież paski spodni i gumki majtek. Wokół stoi całkiem niemały wianuszek nieszczęśników takich jak ja. Z nudów przyglądają się mojej bieliźnie, a ja nie wiedzieć czemu czuję się naga;))

Nieśmiało podtykam pod nos pani celniczki swój bilet z godziną odlotu. Opędza się ode mnie jak od natrętnej muchy, kontynuując swoje dzieło z kamienną twarzą. Sprawdzono WSZYSTKO, zabrano nieszczęsny dezodorant i jeszcze raz prześwietlono bagaż. Cała ta operacja zajęła prawie trzydzieści cennych minut pozostałych do odlotu samolotu. Przez ten czas nie mogłam odebrać telefonu zarekwirowanego mi przez służbę celną. A dzwoniła moja Córcia, która nie wiedziała co się dzieje, jedynie widziała matkę, która zamiast biec do samolotu, to stoi w jednym miejscu. Po pół godzinie wrzuciłam do walizki wymacane i prześwietlone na dziesięć sposobów rzeczy osobiste i biegiem do hali odlotów.

I tu zonk.

Gorzej oznakowanego lotniska, niż to w Stansted, nigdy nie widziałam. Olbrzymia hala z wielojęzycznym tłumem, z bijącymi po oczach reklamami sklepów, pubów, tudzież innych atrakcji dla podróżujących. Tylko gdzie te pieprzone bramki do wylotów?

Nie znalazłam rodaków, żeby zapytać. Miotając się w międzynarodowym tłumie, dopadłam młodego Włocha, który na wstępie powiedział mi, że "don't speak english". Złapałam go za łeb, podetknęłam kartę pokładową i wrzeszczę: szukaj z której bramki mam odlot! Ja nie wiem jak on mnie zrozumiał, ale zrozumiał! Zaprowadził do dużego ekranu tv i po numerze lotu odnalazł numer bramki. "Fifty fajf". To jakieś cirka dwa kilometry od miejsca, gdzie staliśmy:))) Nigdy w życiu tak szybko nie biegłam. Myślicie że po prostym? A skąd! Lotniska wymyśliły sobie rajdy schodami pod górkę i z górki. Owszem, są i schody ruchome, które wleką się ślimaczym tempem. A ja miałam trzy minuty do odlotu:)

Kiedy dopadłam bramki 55, na płytę lotniska wchodzili ostatni pasażerowie lotu do Wrocławia. Nieludzko zmęczona, zgrzana jak diabli ale szczęśliwa, podałam obsłudze kartę pokładową i dowód osobisty, po czym z westchnieniem ulgi skierowałam się w stronę wyjścia na lotnisko.

I w tym momencie poczułam, że ktoś łapie mnie za ramię. Śliczna dziewczyna, z jeszcze śliczniejszym uśmiechem pokazuje mi, że mam moją walizkę włożyć do przymiaru żywcem z muzeum w Sewr. Próbuję to moje skórzane torbiszcze włożyć w metalową ramkę, a ono - jak na złość - zawadza się kółkiem. Moja lewa ręka odmawia współpracy, to znaczy nie ma siły dźwignąć torby. Proszę, żeby mi ktoś pomógł, ale nie ma nikogo, kto rozumiałby język polski. A ja przestałam rozumieć po angielsku... Nie tylko rozumieć, ale i mówić. Śliczna z lotniska udaje, że ni w ząb po polsku, a ja rozumiem tylko jedno: mam zostawić torbę i mogę lecieć. W swojej naiwności sądziłam, że jest jakaś przechowalnia, czy coś w tym rodzaju, ale szybko wyprowadzono mnie z błędu. Torbę mam zostawić na podłodze:))) Kiedy dociera do mnie tragizm sytuacji, przestaję cokolwiek rozumieć w języku angielskim. Kątem oka widzę, że wszyscy pasażerowie mojego lotu są już w samolocie. Lot ma opóźnienie i chyba to tylko ratuje mnie przed pozostaniem na "ziemi niczyjej", czyli lotnisku. Z tłumu oczekujących na inne loty wychodzi młoda Peruwianka? Meksykanka? Nie wiem. Ale łamaną polszczyzną pyta mnie, czy może być moim tłumaczem. Jej rozmowa z obsługą lotniska trwa prawie dziesięć minut. Ja już nie wiem jak się nazywam. Nie mogę zadzwonić do córki, bo nie mam zasięgu. Ona do mnie też. Jedyna nadzieja w zupełnie obcej kobiecie. Chcę wiedzieć tylko jedno: co mogę zrobić?

Wyobraźcie sobie, że te angielskie pindy dopiero na koniec rozmowy powiedziały, że mogę zapłacić i wziąć walizkę ze sobą. 40 funtów. To dużo, ale nareszcie wiedziałam co robić! Uwierzcie mi - byłam o krok od tego, żeby wepchnąć pieniądze tej ślicznotce w gardło. Pamiętacie sprawę Rokitów? Albo tego Polaka zabitego na lotnisku  w którejś z Ameryk? Rozumiem, że wszystko, co dzieje się na lotniskach ma dużo szerszy wymiar, bo chodzi tu o bezpieczeństwo pasażerów. Ale ja poczułam się jak śmieć. I niewiele brakowało, żebym straciła panowanie nad sobą. Wiem jedno. Jako pasażer nie muszę znać języków państw, które odwiedzam. To służby lotniskowe mają obowiązek zapewnić mi tłumacza i jasno sprecyzować co mogę w sytuacji, kiedy bagaż nie spełnia warunków przewozu.

Żyję. Chociaż stres wywołany szczegółową kontrolą, niemożnością znalezienia właściwej bramki, a w końcu zatrzymaniem bagażu (który lata od wielu lat jako podręczny) powinien mnie zabić za jednym machem;)

Jak dobrze być w domu. Home, sweet home:)

17:53, semiranna
Link Komentarze (16) »
sobota, 07 stycznia 2012
Cambridge University

Powrót do domu zaczął się pięknie, bo postanowiłyśmy wyruszyć na lotnisko Stansted trochę wcześniej, żeby móc po drodze zajechać do Cambridge i zobaczyć na własne oczy słynne, angielskie miasteczko uniwersyteckie. Bladym świtem znalazłyśmy się przed bramami uniwersytetu i w tym momencie opadła mi szczęka, tudzież nastąpił wytrzeszcz oczu, które nie opuściły mnie do końca zwiedzania;))

Kocham Kraków za Kazimierz, kocham Wrocław za Ostrów Tumski, pokochałam Cambridge za piękno i klimat miasteczka uniwersyteckiego. Bowiem jak Alicja przez lustro, tak ja przekroczyłam bramy baśniowej krainy...

Poranek złocony promieniami słońca był jednym z najpiękniejszych w moim życiu. A dlaczego?

Zobaczcie sami:

Więcej znajdziecie tutaj:)

20:58, semiranna
Link Komentarze (12) »
piątek, 06 stycznia 2012
Anglia

Święta, Święta i po Świętach... Wspomnienia kłębią się we mnie przeróżnymi emocjami, ale przeważa uczucie szczęścia, że spędziłam je z Najstarszą:) A udało nam się to po raz pierwszy od wielu lat. 

Lot z Wrocławia opóźnił się o półtorej godziny. W hali było nieludzko gorąco, ludzie zmęczeni i poddenerwowani. Najgorzej miały dzieci, dla których godzina 23, to godzina snu, a nie czuwania na nawet najwygodniejszych rękach rodziców. Jednak dobry Duch Świąt czuwał nad podróżnymi i unosił się atmosferą opowiadań o bliskich i radości z niedalekich spotkań. Pierogowo-bigosowa kontrabanda spoczywała w bagażach bez strachu przed kontrolą celników. I jak to skomentowała jedna ze stewardess: pierożany samolot wylądował szczęśliwie na lotnisku w Stansted.

Nie wiem czemu zawsze beczę kiedy witam się lub żegnam z moimi dziećmi. Tym razem też rozbuczałam się na dobre:)) Do domu dojechałyśmy o 3 nad ranem polskiego czasu. Na czworaka doszłam do wyrka i zapadłam w nicość. To był pierwszy w moim życiu wigilijny dzień, kiedy mogłam sobie pozwolić na luksus snu do godzin południowych. Trochę wiktuałów przywiozłam ze sobą, ale moja Córcia przygotowała wszystko. Pozostało mi tylko usiąść do stołu:)

Jestem matką, która szanuje wybory swoich dzieci. Nawet jeśli uważam je za kompletnie absurdalne. Ale ciężko jest usiąść przy wigilijnym stole z człowiekiem, który skrzywdził moje dziecko. Łatwiej jest wybaczyć osobie, którą się kocha, dlatego nie dziwię się Najstarszej, że wybaczyła swojemu partnerowi. Ja nie umiem. Odegrałam rolę życzliwej "teściowej" tylko dla mojego dziecka. Bo jest z nim szczęśliwa, bo spodziewa się jego dziecka. Miałam chęć napluć po kryjomu do jego talerza. Cholera... zwierz ze mnie wylazł. Przemogłam się jednak na tyle, by Wigilia była świętem dla wszystkich. Przy świątecznym stole była też moja kochana Bratanica ze swoim partnerem, dzięki czemu radości i śmiechu było w dwójnasób.

W pierwszy dzień Świąt obleciałam moje ukochane zakamarki. Zdumiało mnie, że na placu zabaw był tłum rodziców z dziećmi. Podczas gdy u nas takie place zima świecą pustką, w Anglii wrą zabawami. I poczułam się strasznie, kiedy zakutana w grube płaszczysko i wełniany kaptur, zobaczyłam tak dorosłych, jak i kilkuletnie dzieci, ubranych tylko w spodenki i t-shirty... Może i było ciepło - coś jak u nas ostatnio, ale wiatr wiał dojmującym chłodem i nie wyobrażałam sobie zdjęcia wierzchniego okrycia! Podoba mi się taki "zimny chów". Założę się, że te dzieci prawie nie chorują. W przeciwieństwie do mnie...

Rozłożyłam się drugiego dnia Świąt. Dokumentnie. Miałam ochotę walić łbem w ścianę. Z wściekłości. Uziemiona wysoką gorączką i potwornym bólem głowy (reszty ciała też), starałam się nie wychodzić z pokoju, żeby nie zarazić mojej Córeczki. Ciąża Jej służy:) Wygląda ślicznie z zaokrąglonym już mocno brzuszkiem. A moja wnusia przywitała babcię delikatnymi puknięciami, kiedy mruczałam Jej kolędy;)))

Dzień przed Sylwestrem zwlekłam się na wypad do centrum handlowego w Corby i jakimś cudem udało mi się ustać na nogach;)) To chyba adrenalina, którą uwalnia myśl o przebieraniu, wybieraniu, przymierzaniu i KUPOWANIU!;))) Noc Sylwestrową spędziłam pod kocem, oglądając powitania Nowego Roku w tv. No cóż... trudno. Przytulone do siebie "wsyskie tsy", popuściłyśmy łezki wzruszenia, kiedy tłum zgromadzony pod Big Benem odśpiewał Auld lang syne. Jest coś magicznego w tej piosence, bo sprawia ona, że zupełnie obcy ludzie wyciągają do siebie ręce, łącząc się w łańcuchu dobrych myśli:)

Jako i ja się z Wami łączę na ten Nowy Rok:)))

11:36, semiranna
Link Komentarze (22) »
czwartek, 05 stycznia 2012
I'm at home;)

Wróciłam w poniedziałek. We wtorek napisałam notkę powitalną - blox mi ją zeżarł. Drugą napisałam w środę - zresetował mi się komputer zanim ją zapisałam. Spróbowałam jeszcze raz i zniknęła... Czy to aby nie jest sygnał, że powinnam porzucić blogowanie?:>

Ani mi się śni!:)))

Jednak na razie spróbuję chociaż przywitać się z Wami i powiedzieć, że tęskniłam:) Nie mogłam pisać, bo w swojej sklerozie oczywiście nie wzięłam haseł do loginów, a odzyskiwanie ich przerosło moje umiejętności;))

Dzień dobry moje kochane Baby!

12:23, semiranna
Link Komentarze (9) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 22